Cztery lata ciszy, która boli. Opowieść z granicy
Cztery lata temu świat zatrzymał się na granicy
Na przejściu granicznym w Medyce nie było już tylko szlabanów i kontroli dokumentów. Był strach. Były łzy. Był chaos, którego nie sposób opisać jednym słowem. Ludzie stali w wielogodzinnych kolejkach, z jedną walizką, z dzieckiem na rękach, często z przestraszonym psem na smyczy albo transporterem z kotem. Jeszcze kilka dni wcześniej byli u siebie. Mieli dom, pracę, codzienność. Zwierzęta miały swoje miejsca na kanapach i stały rytm dnia. Nagle wszystko zostało przerwane. Uciekali przed wojną razem.
Nasza Fundacja, oddalona zaledwie kilkanaście kilometrów od granicy, od pierwszych chwil wiedziała, że musi działać. Pierwsze dni były jak nieustający alarm: napięcie, telefony bez przerwy, dramatyczne relacje i pytanie, co przyniesie jutro. Szybko zorganizowaliśmy pomoc, koncentrując się na tym, co jest naszą misją – na zwierzętach.
Zaczęły trafiać do nas te, które nie potrafią poprosić o wsparcie. Psy i koty wycieńczone wielodniową podróżą, często odwodnione, w szoku, z objawami silnego stresu. Niektóre przyjeżdżały ze swoimi opiekunami, inne po dramatycznych rozstaniach. Dla nich wojna oznaczała utratę domu, poczucia bezpieczeństwa i znanego świata.
Zapewnialiśmy im schronienie, opiekę weterynaryjną, karmę i spokojną przestrzeń do regeneracji. Wiele z tych zwierząt wymagało nie tylko leczenia, ale także czasu, ciszy i cierpliwości, by odzyskać zaufanie. Wiedzieliśmy, że w obliczu wojny nie możemy uratować wszystkiego. Ale mogliśmy i nadal możemy ratować konkretne istnienia.
Ciche ofiary wojny
Zwierzęta w transporterach, w kartonach, owinięte w koce, niesione pod kurtkami. Przerażone, zmarznięte, głodne. Często były jedyną cząstką dawnego życia, którą ktoś zdołał ocalić. Widzieliśmy osoby wtulające sie w swoję zwierzę i powtarzające: „już jesteśmy bezpieczni”. Widzieliśmy dzieci kurczowo trzymające koty, jakby bały się, że świat odbierze im także je.
Otaczaliśmy je opieką – my i inne organizacje, które, tak jak Fundacja ADA, przyjechały do Medyki i Przemyśla, gdzie mieści się nasza siedziba, by nieść pomoc.
Widzieliśmy jednak również tę drugą stronę. Zwierzęta, których nie udało się zabrać. Pozostawione w pośpiechu. Uwiązane na łańcuchach. Zamknięte w mieszkaniach. Wypuszczone na ulice z nadzieją, że przetrwają. One nie rozumiały wybuchów. Nie rozumiały granic. Nie rozumiały, dlaczego nagle zniknęły znane zapachy, głosy i ręce, które dotąd dawały im poczucie bezpieczeństwa.
ADA Hub
Kilka kilometrów od granicy, w Przemyślu, w naszej Fundacji powstał ADA Hub – centrum pomocy dla zwierząt dotkniętych wojną. Miejsce stworzone w trybie natychmiastowym, z potrzeby chwili i poczucia odpowiedzialności. Od pierwszych dni wiedzieliśmy, że nie możemy pozostać obojętni. Jesteśmy stąd. To nasz dom.
Do Przemyśla zaczęli przyjeżdżać ludzie z całego świata. Przyjeżdżali bez wahania, gotowi pracować tak długo, jak będzie trzeba. Przez wiele tygodni funkcjonowaliśmy w trybie ciągłej gotowości. Dni zlewały się w kolejne dyżury, a skala potrzeb rosła z każdą godziną.
Towarzyszyły nam media z Polski i z zagranicy. Kamery rejestrowały ogromną mobilizację i wspólny wysiłek ludzi, którzy przyjechali pomagać zwierzętom. Od początku sami organizowaliśmy działania pomocowe – koordynowaliśmy wsparcie, tworzyliśmy zaplecze weterynaryjne i logistyczne. To była realna, intensywna praca wykonywana każdego dnia.
Trudne wyjazdy
Organizowaliśmy zbiórki karmy i rzeczy. Busy wypełnialiśmy po dach, a konwoje z pomocą wyruszały w stronę Ukrainy, do schronisk, domów tymczasowych i miejsc, w których zwierzęta pozostawały bez jedzenia i opieki. Dostarczaliśmy karmę, środki opatrunkowe, transportery i klatki. Ewakuowaliśmy psy i koty w najtrudniejszym stanie – chore, ranne, wycieńczone. Każdy wyjazd wiązał się z ryzykiem, ale jeszcze większym ryzykiem było nie zrobić nic.
Koordynowaliśmy dokumenty, transport i ludzi gotowych do działania. Z wielu wyjazdów wracaliśmy z kilkudziesięcioma zwierzętami wymagającymi natychmiastowej pomocy. Przewiezienie ich przez granicę – nawet w czasie wojny – wymagało ogromnej determinacji i spełnienia licznych formalności. Niejednokrotnie spędzaliśmy po kilkanaście godzin na przejściach granicznych, by zapewnić im bezpieczny transport. Dla zwierząt, które zostały bez opieki i środków do życia, była to często jedyna szansa.
Nowe życie w Polsce
Zwierzęta trafiające pod naszą opiekę były w bardzo różnym stanie. Część z nich była skrajnie wycieńczona – głodna i odwodniona. Inne miały rany od odłamków, nieleczone złamania, poważne infekcje. Były też takie, które nie reagowały na dotyk, sparaliżowane silnym stresem.
Zapewnialiśmy im pełną opiekę weterynaryjną – leczenie, operacje, hospitalizację, szczepienia i zabiegi sterylizacji. Równie ważna była dla nas praca nad odbudowaniem w nich poczucia bezpieczeństwa i zaufania do człowieka.
Przez cztery lata bezpośrednio w naszej Fundacji pomogliśmy setkom psów i kotów, a łącznie – tysiącom zwierząt dzięki transportom, wsparciu karmą i leczeniu przekazywanemu na miejscu. Wiele z nich znalazło nowe, bezpieczne domy. Dziś śpią na kanapach, biegają po ogrodach, mają swoje miski i swoje imiona. Ich serca biją spokojniej – nie budzi ich już huk wybuchów.
Wojna odbiera bezpieczeństwo zarówno ludziom, jak i zwierzętom.
Kiedy nastała cisza
Kilka miesięcy po wybuchu wojny kamery światowych stacji telewizyjnych odjechały. Zainteresowanie mediów stopniowo malało, a wiele organizacji wróciło do swoich krajów. Wojna przestała być tematem numer jeden w serwisach informacyjnych. My zostaliśmy.
Bo wojna nie kończy się w chwili, gdy przestaje być newsem. Cierpienie nie znika tylko dlatego, że rzadziej pojawia się w nagłówkach. Pomoc była potrzebna nadal – i jest potrzebna do dziś.
Nie mogliśmy liczyć na systemowe wsparcie. Każdego dnia mierzyliśmy się z kosztami leczenia, operacji, transportów, paliwa i karmy. Za każdą interwencją stała konkretna praca i realne wydatki. Każde uratowane życie miało swoją cenę – finansową i emocjonalną.
I byliście Wy, którzy pomogliście. Ludzie o wielkich sercach. To dzięki Wam mogliśmy działać nieprzerwanie przez cztery lata. Każda wpłata, każda udostępniona zbiórka, każda przekazana paczka karmy miała znaczenie. Dzięki Wam pomoc nie ustała, a tysiące zwierząt otrzymały swoją szansę.
Wciąż pomagamy
Dziś, cztery lata od wybuchu wojny, wciąż działamy. Nadal leczymy. Nadal organizujemy pomoc. Nadal odbieramy telefony z prośbą o ratunek. Pod naszą opieką wciąż są zwierzęta, które doświadczyły wojny i jej konsekwencji.Nie mają dla nas narodowości ani granic. Są żywymi istotami, które potrzebują pomocy – i to jest jedyne, co ma znaczenie. Wierzymy, że każde życie, nawet najmniejsze i najbardziej bezbronne, zasługuje na ochronę. Dopóki ta wojna trwa, Fundacja ADA będzie pomagać.